21 lipca 2014

Norwegia - Preikestolen


Następny przystanek – Preikestolen. Już po samej ilości ludzi i autokarów można wywnioskować, że jest to trasa o wiele łatwiejsza od Kjeragu. I rzeczywiście, nie ma w niej nic strasznego. Ma 3800 m długości, różnica wysokości od parkingu do skały to około 330 m. Cała trasa składa się, jak to w Norwegii, z górek i dolinek, ale tak naprawdę tylko dwa podejścia są naprawdę strome – a i tam dobrzy Norwegowie ułożyli skalne schodki :)


Według internautów oraz mapki na parkingu podejście powinno zająć około 2,5 h – i tak mniej więcej jest.



Zaczyna się denerwująco. Istnieje parę rodzajów podłoża naprawdę niewygodnego do wchodzenia pod górę – lub też z niej schodzenia. No i niestety tutaj Norwegowie się nie popisali – pierwsze podejście wysypane jest drobniutkim żwirko-piaskiem, który usuwa się spod butów i łatwo na nim wyciąć orła.



Dalej jest już o wiele lepiej. Na szczyt prowadzą nas skalne schodki (czasem dość wysokie, ale i tak chwała tym ludziom, którym chciało się je tam wykuwać), drewniane mostki i przejścia oraz, wyrzeźbione przez samą naturę, płaskie, chropowate skały.





Krajobraz jest zróżnicowany – raz idziemy przez las, innym razem trafiamy na przejścia skalne, a potem znowu idziemy wzdłuż jeziorek, nie wspominając już o celu wyprawy – skalnej półce Preikestolen z zapierającym dech w piersiach widokiem z wysokości 604 m n.p.m.

  

 



Trasę tę można spokojnie polecić mniej zaprawionym górołazom – nie będziecie mieć raczej problemów z dotarciem do półki. Nawet, jeśli zajmie wam to nieco dłużej, widok rekompensuje wszelkie trudy. Jedyny mankament na całej trasie to brak wody i jakiegoś wygodnego ujęcia, w którym można by ją uzupełnić. Co prawda na parkingu na dole znajduje się kran, w którym można napełnić butelki, jednak przy temperaturze powyżej 30 stopni takie zapasy szybko się kurczą, a w naszej drodze powrotnej doszły do poziomu krytycznego i trzeba było wkładać butelki w szczeliny między skałkami, żeby złapać parę kropli.

Pod Preikestolen spędzamy nasz jedyny nocleg na campingu. Cena może nie powala na kolana (120 NOK/osobę), ale przynajmniej są wolno dostępne gniazdka, zamrażarka, bezpłatne toalety, prysznice i zmywak oraz, co też nie jest mniej ważne, bezpłatny dostęp do Wi-Fi. Wrzucamy na szybko parę fotek do Internetu (trzeba dać znać, że żyjemy), mrozimy piwo i wkłady do lodówki turystycznej, jemy kolację i idziemy spać. Nad ranem można nareszcie wziąć upragnioną kąpiel, sprawdzić trasę i ruszać dalej.

1 komentarz:

  1. He, he... Zapomniałaś dodać, że na kempingu nocowaliśmy na lądowisku helikopterów (cisza, spokój, dużo miejsca i najlepsza trawa). Z tego, co pamiętam, to Twoja zasługa!

    OdpowiedzUsuń