20 lipca 2014

Norwegia - Kjerag



Muszę to przyznać – ta góra nas zaskoczyła. Jeżeli można było znaleźć w Internecie sprawozdanie z takiej wyprawy, to nigdzie nie było napisane, że trzeba się tam nieźle namęczyć. Według tabliczki informacyjnej: 6 km trasy, 580 m różnicy poziomów, jakieś 2,5 – 3 h w jedną stronę.











Ponieważ jest to pierwszy punkt na naszej mapie, podchodzimy do niego z entuzjazmem, który niestety gaśnie po jakichś... 20 metrach :D Trzeba więc powiedzieć to wprost – wejście na Kjerag nie jest łatwą sprawą. Czekają nas tam trzy wzniesienia, przy każdym trzeba się nieźle namęczyć. W niektórych miejscach są łańcuchy wyznaczające szlak i mające pomagać we wspinaczce.









W górę – owszem, dobrze jest się na nich wspierać. W dół – niekiedy lepiej wybrać ścieżkę obok, na „dziko”, bo może po prostu okazać się o wiele łatwiejsza.









Kiedy już pokonujemy wszystkie podejścia i docieramy na szczyt Kjerag, do słynnego kamienia uwięzionego między dwiema skałami zostaje nam niestety jeszcze spory kawałek. Trafiamy bowiem na... Księżyc :)  Płaskie skały, porośnięte gdzieniegdzie kępkami porostów, trafia się też spora czapa śnieżna, przez którą trzeba się, dosłownie, prześlizgnąć (śnieg jest dosyć zmrożony, więc każdy krok trzeba stawiać naprawdę ostrożnie).




Po kolejnych 30 minutach (w naszym wydaniu 45 minutach – trzeba jednak czasem patrzeć na oznaczenia szlaku :) ) stajemy na brzegu skarpy i w dole widzimy nasz kamień. Żeby do niego dojść, trzeba jednak zejść od innej strony. I tam kolejna niespodzianka – tam, gdzie na wszystkich zdjęciach jest „normalna”, kamienna ścieżka, trafiamy na śnieg z lodem.


 

 





Widok sprzed kamienia robi wrażenie – tak samo jak widok znad niego, po wejściu na wyższą skałę. Na sam kamień jednak żadne z nas nie decyduje się wejść. To, co w Internecie opisane jest jako dość szerokie wejście, jest w istocie kawałkiem płaskiej skały nad duuużą przepaścią. Szkoda umierać na początku wyprawy  :)






Podsumowując, wyprawa na Kjerag zajęła nam
4 h w jedną stronę i 2,5 h z powrotem. Jak dla mnie, było warto, nawet jeśli ostateczny cel (zdjęcie na kamieniu nad przepaścią) nie został zrealizowany. Cieszę się też, że był to pierwszy punkt wyprawy – obawiam się, że po kilku wspinaczkach na inne szczyty, tutaj spuchłabym w połowie. A tak, każde następne wejście w porównaniu do Kjeragu wydawało się łatwe :)


Miejsce na nocleg znajdujemy dosyć szybko. Rozkładamy namioty, rozpalamy ogień pod Kelly Kettle i zjadamy nasz pierwszy norweski ciepły posiłek – polskie kiełbaski z grilla :) Chyba jeszcze nigdy smażelinka nie smakowała mi tak bardzo.  Ukołysani szumem pobliskiego wodospadu, idziemy spać.




1 komentarz:

  1. Chociaż nie wszyscy członkowie naszej ekipy dotarli pod kamień (a każdy chciał wrócić ze zdjęciem na kamieniu), to wspinaczka była warta poświęcenia. Widoki w pełni wynagradzały wysiłek.

    OdpowiedzUsuń